Showing posts with label pekin. Show all posts
Showing posts with label pekin. Show all posts
Tuesday, 18 November 2014
what's left are these celluloid memories
Saturday, 12 July 2014
beijing_b&w
I
have not
touched these photographs by any photo edition program. Big grain and
big contrast make them really raw in perception. I tried to capture daily
situations and images from streets of Beijing, hutongs, park. Have a
pleasant insight.
Sunday, 1 June 2014
vision II
Monday, 26 May 2014
vision I
Sunday, 11 May 2014
mozaikownia
Pisanie chronologiczne
chyba nie jest w moim stylu. Że byłam w Wewnętrznej Mongolii, a tydzień później
na Wielkim Murze i w Parku Beihai, i co z tego? Nie zależy mi na turystycznej
wyliczance, cenię sobie jednak to, że za każdym razem kiedy jadę na Doncheng
(wschodnia, tętniąca życiem część Pekinu), z coraz większą łatwością toruję
sobie drogę między hutongami, mijając znane mi już budy, kafejki, byle w kierunku
małego zakurzonego sklepu fotograficznego, gdzie wywołuję filmy.
Ze sklepikiem to też niezły sukces, bo o ile zakup filmu był pestką, ale już zapytać, czy również wywołują je okazało się nie lada gestykulacją stosowaną. Ja przy mojej ignorancji językowej, nawet nie jestem w stanie komunikować się na poziomie ‘kali jeść, kali spać’, zdobywam się jedynie na Xie Xie (szie szie – dziękuję), a reszta to pokazywanie palcem i dźwięki jaskiniowca na tak i nie ‘uhm’, ‘uh uhm’.
Ze sklepikiem to też niezły sukces, bo o ile zakup filmu był pestką, ale już zapytać, czy również wywołują je okazało się nie lada gestykulacją stosowaną. Ja przy mojej ignorancji językowej, nawet nie jestem w stanie komunikować się na poziomie ‘kali jeść, kali spać’, zdobywam się jedynie na Xie Xie (szie szie – dziękuję), a reszta to pokazywanie palcem i dźwięki jaskiniowca na tak i nie ‘uhm’, ‘uh uhm’.
Sklepik to
jedno z moich miejsc w Pekinie, tych,
które odkryłam nie wodzona za rękę przewodnikiem Lonely Planet. Jest to
rodzinny biznes z kuchnią na zapleczu, skąd dochodzą przesmaczne zapachy.
Sklepik jest wypełniony analogami, polaroidami, filmami, fotoalbumami i różnymi
„autorskimi” przedmiotami jak np. kolekcja metalowych zabawek. Nie powiem, aby
dochodziło do rozkwitu przyjaźni między mną a sprzedawcami (rodzeństwo), ale
fajna jest myśl, że to takie miejsce zrodzone z pasji, nienastawione na komercyjny
popyt.
Na mojej dzielnicy jest Secret Garden Cafe, jedyne miejsce jakie znam, gdzie
serwują rozsądnie smakującą kawę, która ścina z nóg (ale nie pozwala zasnąć, o
czym się przekonałam). Jest to osiedlowa kafejka, w środku wypełniona
drewnianymi panelami i książkami, i sądząc z napisów i malunków na ścianach
jest zorientowana na edukację proekologiczną i inicjatywy społeczne. Można tam
zjeść ‘europejsko’ (brakuje mi tego), napić się różnych trunków, przyjść na
lekcje chińskiego czy po prostu traktować jak czytelnię.
Może
właśnie swoje miejsca sprawiają, że w danym mieście zaczynasz się czuć coraz
bardziej u siebie? Zostało mi tu niecałe trzy tygodnie, więc do takiego
poczucia swojskości raczej nie dojdzie, ale być może kiedyś jak tu wrócę, nogi same
mnie poniosą w kierunku miejsc, z którymi się zapoznałam.
W
piątek przy
okazji wspinaczki (stromo i po skałach) na wspomniany Wielki Mur, doszło do
mnie jak ostatnimi czasy odwykłam od obcowania z ludźmi. Trekking był z ekipą z
Couch Surfingu, i był to drugi raz, jak się z kimś spotkałam. Jasne, widuję się
z moimi studentkami, widuję Panie w sklepie i ludzi, którzy czasem starają mi
się coś opchnąć, ale... Odwykłam od przysłowiowej ustawki z kimś na kawę, do
kina, hangout miejski czy na wspinanie się. Nawet doceniłam, że to tak fajnie
się z kimś spotkać i poglądami wymienić, pośmiać nawet... To, co jest normalną częścią życia w Londynie, tutaj obumało siłą rzeczy. A tak naprawdę doceniam swoją samotnością, nierozpraszanie się obecnością ludzi i multum czasu na studiowanie, czytanie czy filmy.
Subscribe to:
Posts (Atom)































